czwartek, 15 marca 2012

Jak się obchodzić z kobietą na wózku: część 2.Wizyta w gabinecie lekarskim

1)     Nie należy pytać mnie, czy potrzymam sobie sama nogę w górze, gdy leżę na brzuchu. Żadnej z moich nóg nie jestem w stanie utrzymać w tej pozycji i kropka.Prywatnie jestem tancerką o "alternatywnej motoryce", w gabinecie pacjentką z uszkodzonym rdzeniem kręgowym ;-).

2) Będę wdzięczna, jeśli lekarz zlecający leczenie lub objaśniając mój stan zdrowia zechce łaskawie spojrzeć na mnie i mówić DO MNIE, zamiast patrzeć na osobę mi towarzyszącą * i mówić "ona" lub co najwyżej "pani Magdalena".

3) * jeśli już wszedł ze mną do gabinetu ktoś, to tylko dlatego, że panie pielęgniarki często są bardzo zatroskane o stan swojego kręgosłupa i obarczają obowiązkiem udzielenia mi pomocy kogoś z rodziny. Wcale przy tym na mnie nie patrząc, co sprawia, że czuję się tak,jakby to leżanka* potrzebowała natychmiastowego zaopiekowania-nie ja.

4) Nie rozumiem, dlaczego leżanki i inne stoły są często tak wysoko, że nawet bardzo sprawna osoba poruszająca się na wózku, lub niskiego wzrostu nie jest w stanie samodzielnie położyć się na niej.No, chyba, że wykaże się przy tym imponującym talentem gimnastycznym.

5) Na razie tyle, ciąg dalszy nastąpi.

                Dziękuję Państwu za uwagę :-).

piątek, 9 marca 2012

Scena przeniesiona...

Kłucie, "lekarstwa",czyli trucizna ratująca życie, "jest pani na wózku,krótsza noga nie będzie pani przeszkadzała",ćwiczenia z przemiłymi ludźmi,którzy z poświęceniem i uporem i dobrymi intencjami pracują nad "usprawnianem",co owszem, działa, ale skupia ciągle,mimochodem, niemal niezauważalnie, ale uparcie myśl na tym, co "zepsute"..."Dziecko uszkodzone"...usłyszałam kiedyś na wykładzie,zostawić, urodzić następne..."Szwów przecież i tak nie widać"..."Szkoda,że jest Pani na wózku,taka Pani śliczna!"....
  Tak przez lata...aż tu nagle..kilkanaście sekund w piątkowy wieczór,które nie pozwalają oddychać,biorę M.za rękę, nie mogę,nie chcę,nie potrafię być w tej chwili sama...Bezradność,żal,wściekłość,zdziwienie,rozpacz...CO ONI MI ZROBILI?!?Dobre intencje, które zabierają ciało, "wadliwie","uszkodzone"...Ratują życie, ale nie pomagają go kochać...Ulga,przytulenie...miękkie,zimne,gładkie...na parapecie, na karku, na podłodze....MOJE!!!
"Jest Pani śliczna...niech tak zostanie...":)

sobota, 3 marca 2012

  • 1) Nie gadać z ludźmi,którzy nie wiedzą,o co im tak naprawdę chodzi i projektują swoje brudy na mnie.
     
  • 2) Bycie terapeutą rodzinnym nie jest takie złe, przy odpowiednim podejściu ;-)

  • 3) Psychoterapia jest procesem żmudnym i "na żądanie",często najlepsze efekty przynoszą niespodziewane sytuacje...życie lubi zaskakiwać :-)!

piątek, 2 marca 2012

NIE ZGADZAM SIĘ,ŻEBY MNIE TRAKTOWANO JAK DZIELNĄ IDIOTKĘ!!!!!!!!!!!IDIOTKĘDZIEWCZĄTKOMAGDUSIĘ!!!

czwartek, 1 marca 2012

Notka "uszarpana".

Moje myśli zaprząta dziś artykuł "Uszarpani"(Polityka nr 7(2846),autorka: Martyna Bunda), poruszający temat systemu opieki nad niepełnosprawnymi dziećmi w Polsce,a raczej jej braku.
  W pierwszej chwili po zakończeniu lektury byłam zamurowana...Ktoś nareszcie opisał całą moją historię,bez słodzenia, głaskania.Opowieści o matkach,które opłakują nienarodzone zdrowe dziecko, po narodzeniu tego niepełnosprawnego. Żałoba po marzeniach,planach, nadziejach,rozpacz...Świetnie, że temat doczekał się swojej premiery w szerokim świecie, poza dusznymi szufladami uczelnianych bibliotek, gdzie spoczywał dotąd w pokoju obleczony w mądre słowa prac magisterskich i doktorskich,których nikt nie czyta.
Chwała Autorce za to, że odarła z płaszczyka bohaterstwa wspaniałe Matki Polki, przyznając im prawo do złości na dziecko, zmęczenia walką o wyszarpywanie od instytucji pomocy,która teoretycznie jej latorośli jest ustawowo zapewniona.
         Pani Bunda w dosadny, nie pozostawiający złudzeń sposób przedstawia niewydolność systemu,dla którego dziecko jest kaleką,plączącą się pod nogami nauczycielom mającym szlachetną misję niesienia kaganka oświaty,a co coś śmie przeszkadzać w jej realizacji.Bo trzeba by się nim zająć, dostosować program nauczania do jego potrzeb, czasem leki podać,wykazać nieco więcej cierpliwości?Po co?Od tego jest matka(bo ojciec, jeśli w ogóle wytrzymał tę traumę narodzin "uszkodzonego"dziecka,nie jest przecież od wychowania, a dalsza rodzina już dawno się odsunęła,bo nie daj Boże jeszcze będą musieli pomóc,a oni przecież nie potrafią.).
   Jest tylko jedno "ale".W całym tym systemie szpital-rodzina-szkoła ginie dziecko...Gdzie ono jest?Gdzie ja byłam?Zlana z mamą?Bez osobowości,często nawet bez imienia tylko z diagnozą medyczną i tą wynikającą z baterii testów psychologicznych.Gdzie jestem ja?32letnia kobieta-nie-to-dziecko-co-trzeba?Gdzie są inne dzieci?Te, które teraz mają swoją szansę na życie?Czy musi tak być?
   W ostatnim akapicie tego smutnego artykułu dostrzegłam nikłe, ale jednak,światełko w tunelu. Mamy, spotykając się na blogu piszą o tęsknocie za własnym życiem,które porzuciły "dla dobra dziecka",jedna z nich woła:"CZAS TO ZMIENIĆ!".
 Wierzę, że ten idiotyczny stereotyp bezpłciowego, będącego za mgłą dziecka i jego dzielnej,bohaterskiej Matki Polki-cierpiętnicy da się zmienić!Nie rząd,nie Ministerstwo Edukacji Narodowej czy Ministerstwo zdrowia, ale właśnie my.Dzieci, za mgłą, podobno "nie takie",ale kiedyś w końcu pokochane i mamy,które są pięknymi,silnymi kobietami....Marzy mi się dzień,w którym zobaczę artykuł napisany właśnie przez taką mamę albo mądre,dorosłe i myślące"dziecko"...poza naszym"polskim piekłem".AMEN.

piątek, 24 lutego 2012

Na dobry początek...



    • Jestem!Na przekór wszystkim, którzy kazali rodzicom mnie zostawić i "starać się o drugie dziecko",żyję znacznie więcej niż 5 lat,które mi wróżono.Widzę,słyszę, mówię (za dużo,chociaż czasem się uda w miarę mądrze ).
      Uciekłam przed "zabawami rehabilitacyjnymi",ubierałam lalki, oglądałam "zza szyby"jak dziewczynki "skaczą w gumę"(Ach...poskakać...!).Czytałam,czytałam,czytałam...byłam geniuszem,który nauczył się czytać w wieku 4 lat...
      Rodzina nazywała mnie"Jasiem",bo miałam krótkie włosy), a jednocześnie istniałam jako słodka blondynka w kolorowych spódniczkach.Nauczycielki zrobiły ze mnie laleczkę, od której nie wolno wymagać, bo się rozleci.
      To wszystko w przerwach między kolejnymi operacjami,rehabilitacją, która podkreślała to, co we mnie nie działa.
      Odcinek drugi-liceum:Szkoła z internatem. Humanistka w Liceum Ekonomicznym,"grzeczna dziewczynka"w internacie,w którym było wszystko,co kto chciał i nie chciał.Po drodze jakiś Kuba się pojawił (Matko,ależ on miał oczy!). Koleżanka A.,piękna dziewczyna!Narkomanka, która straciła nogi. Grupa takich samych wykluczyła ją, bo była trochę bardziej zbuntowana i kolorowa chyba też.Ja miediowałam pomiędzy,bo miałam szczęście dzielić z nią pokój.
      Nazywaliśmy jasne, kolorowe miejsce w konstancińskim lesie "gettem"- masa nieszczęśliwych "kulawych" w jednym, bezpiecznym miejscu, w środku lasu, z dala od ludzi ...Klasyka!
      Grzeczna dziewczynka postanowiła zostać psychologiem(początkowo polonistką, ale nie mogłam wybaczyć swojej nauczycielce nieznajomości "Mistrza i Małgorzaty".Albo dziennikarką, ale poznałam pytanie"Dlaczego Pani Tańczy" ). Chyba chciałam zbawiać świat .Zostałam

Muzeum Osobliwości...?

Jestem posągiem,a tych się nie słucha i tak naprawdę nie patrzy się na nie zbyt uważnie...Można jednak posąg wykorzystać,ma ktoś pomysł, w jakim celu?